Nie dopuszczam myśli, że mogę być zdrowa psychicznie
Blog > Komentarze do wpisu

Liechtenstein jest krajem podwójnie śródlądowym

Kwiecień, panie dziejku. Słońce. Lekki wietrzyk. Ptaki pliplą w sposób zaangażowany. Basiella pojechała do swojej siostry na Śląsk (właśnie dzwoniła, żeby oznajmić, że wybierają się kupić Tullamore Dew. Zaczynam się martwić o jej integralność i moralność). Dzieci drą pały na dworze. Mój najdroższy Papa pewnie siedzi na jachcie. A ja siedzę, uwięziona jak Rapunzel w wieży (choć na parterze) i hoduję włosy. To znaczy, przepraszam, tłumaczę protokół poinspekcyjny pewnego banku. Kupa radości, mówię Wam. Ale to kupa.

W związku z powyższym naturalne jest, że zmuszona okolicznościami dodaję nowy wpis. Będzie on niekonwencjonalny. To znaczy nie będzie miał większego sensu. Ot, prokrastynacja w rozkwicie (choć wolę to określić jako impresję literacką). Wezmę kilka myśli, ciepnę nimi o ścianę i zobaczę, co się przyklei, a co spłynie.

Wczoraj zabiłam mojego pierwszego w życiu szerszenia. W zwykłych okolicznościach oszczędziłabym zwierzątku życie, gdyż szerszeni się nie lękam, a nawet darzę je pewną sympatią, jednakowoż temu akurat egzemplarzowi Pasztecik cuś nie przypadł do gustu. Z wzajemnością. Chłopaki zaczęły wydawać w swoim wzajemnym generalnym kierunku dźwięki obelżywe, więc nie chcąc dopuścić do eskalacji emocji zarypałam szerszenia kapciem. Opatuliłam go następnie w chusteczkę i zwróciłam przyrodzie za oknem.

Miałam dzisiejszej nocy szalony sen. Śniło mi się, że tłumaczę po nocy dokumenty przetargowe na modernizację i restrukturyzację linii kolejowych Księstwa Liechtensteinu (tak, tych całych 9 km linii, pozdrawiam przy okazji Anię Urban, która mi takie rzeczy wkłada do głowy), a na dworze jakieś hordy barbarzyńców w kreszowych dresach (!) rozwalają plac zabaw dla dzieci, zlokalizowany pod moimi oknami. Zaczęłam do nich coś wykrzykiwać z oburzeniem przez zamknięte okno, na co oni, silnie rozemocjonowani, zbliżyli się z jakże czytelnym zamiarem dania mi w bęcki. Na szczęście nie mogli przedostać się przez pole siłowe wokół mojego mieszkania. Sen był tak sugestywny, że gdy wstałam dziś rano, czaiłam się za roletą i delikatnie obmacywałam moje okno w poszukiwaniu rzeczonego pola siłowego. Oraz fragmentów kreszu.

Dowolne zdanie z Palahniuka: „Ten człowiek, który dzwonił z Long Beach, mówi, że zginęła mu gdzieś łazienka”. Chciałabym się odnieść, ale nie wiem jak. W dniu dzisiejszym rozumiem to jako piętrową metaforę, w sensie, że zapodziała mi się gdzieś łazienka życia. Czym wszelako jest łazienka życia? I czy na pewno mi się zapodziała? Czy odczuwam brak łazienki istnienia? Przypuszczam, że powątpiewam. A może ktoś odkręcił mi kran w łazience życia? A może to SALON KĄPIELOWY życia? Jeśli tak, to chciałabym, żeby miał wannę wbudowaną w podłogę. A co na to hydraulik? I czy żeby zrobić ręczną przepierkę w tej wannie, będę musiała kłaść się na podłodze? Czy lepiej, tak jak do tej pory, wsadzać wszystko do pralki? Życia?

Dobra, zmęczyłam się.

środa, 20 kwietnia 2011, suisan

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: