Nie dopuszczam myśli, że mogę być zdrowa psychicznie
Blog > Komentarze do wpisu

Idźcie przez zboże, we wsi Moskal stoi.

Moja przyjaciółka Ania U. donosi, że pogodynka napiętym głosem powiedziała: „ W chwili obecnej mieszkańcy północno-zachodnich terenów Polski mogą obserwować na niebie kłębiące się cirrusy i cumulusy”. Mnie osobiście udało się zaobserwować jednego watocukrusa i jednego wacikulusa, przy czym rzeczone chmurzątka nieśmiało, boczkiem, ze skrępowaniem przemieszczają się po przecudownie błękitnym niebie. Od dawna podejrzewam, że wszystkie doniesienia pogodowe są symptomem mrocznej i ponurej zmowy synoptyków.

Z uwagi na to, że pogoda jest jak drut oraz na fakt, że mieszkam w obłędnie pięknym regionie Polski, od pewnego czasu uskuteczniam piesze, kilkunastokilometrowe wędrówki w okolicach Stargardu Szczecińskiego. Jestem urodzonym piechurem i uwielbiam wędrować, chociaż dobrodziejstwa motoryzacji sprawiły, że troszkę o tym zapomniałam. Łażę więc po nieprawdopodobnie pięknych lasach, wzdłuż rajskich rzek i szemrzących strumyków, taplam się w bajorach i grzęznę w pokrzywach. Moje pęcinki są pokryte oparzeniami, a łydki zadrapaniami. Cisnę przez rzepak, pszenicę i żyto. Obserwuję ptactwo leśne. Robię zdjęcia białym kuperkom zwiewających w popłochu saren. Włażę na ambony myśliwskie. Integruję się z naturą w całej jej zajebistości. Henry David Thoreau byłby ze mnie dumny do wypęku.

Jednakowoż czasami zahaczam też o wsie i przysiółki na mojej drodze. Czternastowieczne kościółki i pałacyki. Domki pomalowane na oczobolesne kolorki. Dworki z ohydnymi kolumienkami. Obrzydliwe ogrodzenia rezane z betonu w jakieś tralki i inne ozdóbki. MNÓSTWO motorynek i skuterów. Dzieci wysiadujące pod sklepami i błogo odurzeni lokalsi na ławeczkach pod kościołami. Lokalsi swoją drogą zawsze, ale to zawsze starają się wciągnąć mnie w konwersację. Ich zagajki prezentują się następująco:

„A gdzie wrotki?”

„A gdzie rower?”

„A panienka to się tak nie boi?”

„Niech no tu siada z nami. Pogwarzymy, popijemy.”

„A dokąd to? Zaraz sklep otworzą, pani se loda kupi.”

I wszyscy bez wyjątku mijani ludzie mówią mi „dzień dobry”. W takich sytuacjach moje pragnienie mieszkania w centrum dużego miasta jeszcze się wzmaga. Nie dla mnie sielskość i czarodziejskość polskiej wsi. Nie dla mnie sąsiedzka familiarność i znajomość bliźniego kiejby łysego konia. Nie dla mnie wpadanie po cukier i siedzenie przez dwie godziny, żeby ponarzekać na swojego starego. Poza tym cukier jest drogi.

Jestem osobą posiadającą jakieś nieokreślone żądze i ciągoty do hodowania królików, pielenia ogrodu, sprzątania chlewika, prowadzenia kombajnu. Chyba każdy mieszczuch ma takie wypaczone wizje błogiej agrarnej egzystencji. To kuszące, całe to życie blisko natury i te inne duperele. Oranie pola z pieśnią na ustach. Wydłubywanie łajna z końskich kopyt, podczas gdy w duszy gra muzyka.

Jestem cholerną mieszczką.

 

niedziela, 22 maja 2011, suisan

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: