Nie dopuszczam myśli, że mogę być zdrowa psychicznie
RSS
sobota, 19 listopada 2011

Moi rodzice, Barbadrynda i Kosmita, mieszkają w przeogromnym mieszkaniu mieszczącym się w ponad stuletniej kamienicy, w samym centrum pięknego miasta Szczecin. Po latach brakoróbstwa, demolki i użerania się z sąsiadami zawiązała się tam wspólnota mieszkaniowa, którą jako szara eminencja zawiaduje mój Papa, zasiadający w zarządzie tejże. Kosmita jest fixerem z natury, postanowił więc, za zgodą wspólnoty, zatrudnić fachowców do remontu klatki schodowej w celu wydobycia jej ukrytego dziewiętnastowiecznego uroku. Wcześniej udało mu się przepchnąć remont fasady i balkonów i obecnie budynek świeci przechodniom nadobnym liczkiem.

Taki jest punkt wyjścia całej afery.

Kilku sąsiadom nie podobają się działania Kosmity, ponieważ kazał on posprzątać strych z rupieci, doprowadzić piwnicę do jako takiego ładu, a co najważniejsze, remont klatki schodowej obejmuje także przeniesienie na nią liczników z mieszkań. Oznacza to, że mieszkający na górze, silnie patologią społeczną ogarnięci sąsiedzi, nie będą już mogli jumać prądu i manipulować przy licznikach. Określają więc mojego Papę wdzięcznym przydomkiem „Boss” i piszą na niego donosy. Jednak mimo ich wysiłków remont klatki schodowej jest w rozkwicie.

Takie jest tło afery.

Dnia dzisiejszego moi rodzice wydawali kolację dla przyjaciół. Oznaczało to oczywiście mój kulinarny udział, ponieważ Barbelli jakimś sprytnym sposobem zawsze udaje się na mnie scedować obowiązek wykarmienia gości. Przybyłam więc, ugotowałam i, co tu kryć, zwyciężyłam. Jedzonko było przednie, towarzystwo boskie, lecz po dwóch godzinach konsumpcji i pogaduszek byłam zmuszona udać się do domu.

Taki jest wątek poboczny całej afery, który następnie płynnie połączył się z wątkiem głównym.

Wychodząc z mieszkania rodziców, sokolim mym okiem zaobserwowałam sąsiada z wyższego piętra, jak rącza łania spierdzielającego na górę. Sąsiad ów, pan D. jest leczonym psychiatrycznie, acz bynajmniej nie wyleczonym alkoholikiem i ciężkim psycholem, który kiedyś w pijanym widzie pozwolił sobie odkręcić główny zawór gazowy w kamienicy. Naonczas komisyjnie odebrano mu klucze od piwnicy.

Zarejestrowałam kątem oka i umysłu, że znikający na półpiętrze pan D. wygląda na nieco spłoszonego. Natychmiast wyleciało mi to z głowy. I jeszcze szybciej do niej wróciło, kiedy przy chwytaniu za gałkę drzwi od strony zewnętrznej celem ich zamknięcia dłoń moja biała spotkała się z zaskoczeniem i zaprawą murarską. Tak, Czytelniku. Gałka była dokumentnie usmarowana świeżutką zaprawą murarską. Bliższa inspekcja pozwoliła mi ustalić, że oba zamki w drzwiach takoż. Oraz oba przyciski dzwonków. Jak również zamki w drzwiczkach nowych skrzynek licznikowych.

Umysł mój lotny błyskawicznie połączył fakty, mianowicie niewątpliwą obecność zaprawy wszędzie oraz dziki kłus Sąsiada Popaprańca na górę. Ponieważ nie mogłam skorzystać z dzwonka ani użyć moich kluczy, połączyłam się z Kosmitą telefonicznie. Dołączył do mnie na klatce schodowej, a ja dokonałam prezentacji oraz poinformowałam go o kiełkującym w mojej duszy przeświadczeniu co do osoby sprawcy. Ten właśnie moment sprawca wybrał sobie na Wielką Ucieczkę. Z łomotem zleciał po schodach z góry, niosąc ufajdane wiadro po farbie (exhibit 1), jakieś szpatułki i kielnie (exhibit 2) oraz swoje własne, wyjątkowo usmarowane zaprawą łapska (exhibit 3), roztaczając przy tym czarowną woń alkoholu oraz rozciągniętych w czasie zaniechań higienicznych. Kosmita dokonał próby werbalnego zatrzymania pana D., który jednak puścił te wezwania mimo uszu i rozpłynął się w ciemnościach wieczoru. Kosmicie zalatała powieka, zagrały mięśnie szczęki, stwierdził „ja tego skurwiela chyba rozniosę”, a ja, wiedziona impulsem, udałam się w pogoń za psychopatą. Jednakowoż, gdy wypadłam z klatki schodowej, dokonałam kolejnego odkrycia. Otóż niedawno zainstalowany domofon był calutki zapaćkany czym? Ależ tak, zgadłeś, Czytelniku, zaprawą murarską.

Ponieważ zatrzasnęły się za mną drzwi, ponownie wykonałam telefon do Kosmity, który zszedł na dół i je otworzył. Tknięta przeczuciem, poszłam obejrzeć domofon od strony ulicy. Zgadłeś już, Czytelniku? No właśnie. Ponadto pan D. wyrwał z podłogi świeżo położone płytki (to właśnie spod nich, przedsiębiorczy robaczek, pozyskał zaprawę).  Papa mój, człowiek krewki i władczy, uznał, że tego już za wiele i zawezwał policję. Jak zwykle niezawodna i przytomna w stresie, sumiennie obfotografowałam wszystkie zniszczenia moim telefonem, a Kosmita, czekając na przyjazd policji, usuwał zaprawę z zamków w drzwiach. Barbikla z rumieńczykiem emocji wspierała go emocjonalnie.

Aby podzielić się wzburzeniem, Papa mój zawezwał na klatkę schodową drugiego sąsiada, któren to sąsiad od wszelkich patologii jest daleki i we wszystkich sprawach tworzy silny front z Kosmitą. Sąsiad, Adaś, przytomnie zauważył, że pan D. z całą pewnością schronił się w mieszkaniu teścia swojego syna (what? what?) , sto metrów dalej. Kosmita wyprostował się jak dźgnięty ostrogą i rzucił krótkie męskie „idziemy”. I poszli. Wrócili po pięciu minutach, ciągnąc za sobą nadźganego jak stodoła pana D. Ten godnie, acz chwiejnie udał się do swojego mieszkania na drugim piętrze. Chwilę potem zjawili się przedstawiciele władzy, spisali mnie, spisali Papę i ciężkim krokiem udali się do meliny pana D. Tamże próbowali nakłonić do wypowiedzi równie niespionizowaną panią D., która dzieli z małżonkiem łoże, stół oraz namiętność do alkoholu. Pan D. usiłował się stawiać, więc go zręcznie skuli i przy akompaniamencie pogróżek i powarkiwań Obłąkanego Sąsiada sprowadzili go na dół, do radiowozu. Na mijance, gdzie stałam, z satysfakcję splatając ramiona na klacie, pan D. przeszył mnie morderczym spojrzeniem. It’s on, fucker.

Jutro w charakterze świadka udaję się na policję celem złożenia zeznań.

Spieszę donieść, że zamek, domofony i dzwonki udało się doprowadzić do stanu używalności.

Goście moich rodziców byli wprost zachwyceni nieoczekiwaną rozrywką.

Piątki mają coś w sobie, czego nie mają inne dni tygodnia. Niektórzy ludzie nieprzyjemnie nas zaskakują. Zaprawa w zamku, nieusunięta niezwłocznie, skutkuje koniecznością wymiany rzeczonego zamka (wszystkie cytaty: Paulo Coelho).

 

piątek, 27 maja 2011

Targana sentymentem, oglądałam wczoraj Pocahontas (a blast from the past, nie do wiary, znam na pamięć całą ścieżkę dźwiękową) i teraz, moi Drodzy Czytelnicy, muszę Wam wyznać, że the rainstorm and the river are my brothers, a z kolei the heron and the otter are my friends. Pragnę biec przez ukryte sosnowe szlaki i próbować słonecznie słodkich jagód tej wspaniałej ziemi, albowiem film ten jest straszliwie proekolo.  A poza tym Pocahontas jest przecudnie wprost narysowana, kto posiadający żeńskie cechy płciowe nie chciałby wyglądać tak jak ona? Dumna pierś, czarny włos, ciemne oko.... Hej, momencik, czy ja przypadkiem nie opisuję siebie? Oczywiście w porównaniu z prawdą historyczną film jest rozkosznie sielankowy, ale ponieważ chcę usłyszeć głosy gór, malować kolorami wiatru i jestem ufna z natury, to kupuję to wszystko bez zastrzeżeń.

Przeokrutnie mnie ciągnie do lasu. Jedną z ukochanych książek mojego dzieciństwa była Ronja, córka zbójnika. O mamusiu, jak ja zazdrościłam tej małej, kudłatej szczocie! Kąpała się w jeziorach, piła kozie mleko ze skórzanego bukłaka, miała tatę zbójnika! Rozmawiała z Pupiszonkami (to znaczy wpadła im nogą do jamki, ale i tak to lepsze niż wystawa psów rasowych).  Polowały na nią Wietrzydła, Mgłowce i Szaruchy! Wygrzewała się na głazach jak nieletnia jaszczurka! A wieczorami wracała do starego zamku, do zbójników, przed wielki kominek, a matka na dobranoc śpiewała jej Pieśń Wilków.

Oczywiście nikt nawet słowem nie zająknie się o dalszym ciągu. Astrid litościwym milczeniem pominęła fakt, że Ronja później żyła na kocią łapę z Birkiem, koleżką, który przedtem był jej bratem (dude that’s sick), urodziła dwunastkę bachorów (antykoncepcja naonczas niedomagała), w  wieku dwudziestu lat dopadł ją reumatyzm, lumbago i zaczęło ją wykręcać (przeciągi, wilgoć, niezbilansowana dieta), jak miała trzydziestkę to w ogóle już nie wychodziła z zamku, Birk zaczął ją zdradzać z jakimiś harlotami z nieodległej wsi, bo ciągle pyskowała i jakaś taka wykoślawiona była, bachory okazały się raczej rozpieszczone, leniwe i zdegenerowane, w końcu rozkradły ojcowiznę i wszystko przechlały, a do lasu wjechał developer i zaczął stawiać osiedle szeregowców „Wilgotna Dolinka”.  Smutne i okrutne.

Z drugiej strony wypłakuję ja Wam tutaj tako rzeke, że dzika przyroda mniam, a cywilizacja ble, ale pokusiłam się, proszę ja Was, o takie ćwiczenie mentalne, i wyobraziłam sobie, że żyję w świecie jak z Jestem legendą Richarda Mathesona. To znaczy opuszczone miasta, ludzkość trzyma się nietęgo, przyroda z powrotem zagarnia to, co kiedyś do niej należało. Nie ma prądu, nie ma komunikacji, nie ma, jezusmario, Internetu. Asfalt pęka i wypuszcza korzenie, plac Grunwaldzki zarastają młode drzewa i chwasty. Wiewiórki z Cmentarza Centralnego opanowują cały Szczecin i nikt już nie dba o trawniki na Jasnych Błoniach.  I, proszę ja Was, ogarnął mię przerażenia dreszcz i grozy delirka zatrzęsła mą osobą. Jak ja bym to wytrzymała, skoro sikam ze strachu, kiedy do mieszkania wpada mi jeden z tych wielkich, obrzydliwych komarów i nie spuszczam z niego wybałuszonego wzroku, dopóki Pasztecik go nie upoluje? Skoro na myśl o nietoperzu najchętniej prewencyjnie ścięłabym moje długaśne włosy? Skoro w życiu nie znalazłam grzyba, jadalnego ani żadnego innego? Skoro czuję się zagrożona przez pająki i łabędzie (wiem, to dziwne połączenie, ale pająki są syfiaste i mają złe zamiary, a łabędzie mnie kiedyś zaatakowały i poszczypały, kiedy sobie ot tak, dla zabawy, zasyczałam w ich kierunku). Skoro na wycieczkę po lesie zakładam spodnie do pół łydki, a potem stoję w morzu pokrzyw, psykam, mówię ałć i ani w te ani wewte? Skoro lewą nogą jestem w stanie wdepnąć w bagno, a prawą jednocześnie wykręcić sobie na kamyczku? Ja się zupełnie do natury nie nadaję, ale to zupełnie. Natura by mnie zżarła pierwszego dnia.

Ale za to byłoby romantycznie że ja cię sunę.

 

niedziela, 22 maja 2011

Moja przyjaciółka Ania U. donosi, że pogodynka napiętym głosem powiedziała: „ W chwili obecnej mieszkańcy północno-zachodnich terenów Polski mogą obserwować na niebie kłębiące się cirrusy i cumulusy”. Mnie osobiście udało się zaobserwować jednego watocukrusa i jednego wacikulusa, przy czym rzeczone chmurzątka nieśmiało, boczkiem, ze skrępowaniem przemieszczają się po przecudownie błękitnym niebie. Od dawna podejrzewam, że wszystkie doniesienia pogodowe są symptomem mrocznej i ponurej zmowy synoptyków.

Z uwagi na to, że pogoda jest jak drut oraz na fakt, że mieszkam w obłędnie pięknym regionie Polski, od pewnego czasu uskuteczniam piesze, kilkunastokilometrowe wędrówki w okolicach Stargardu Szczecińskiego. Jestem urodzonym piechurem i uwielbiam wędrować, chociaż dobrodziejstwa motoryzacji sprawiły, że troszkę o tym zapomniałam. Łażę więc po nieprawdopodobnie pięknych lasach, wzdłuż rajskich rzek i szemrzących strumyków, taplam się w bajorach i grzęznę w pokrzywach. Moje pęcinki są pokryte oparzeniami, a łydki zadrapaniami. Cisnę przez rzepak, pszenicę i żyto. Obserwuję ptactwo leśne. Robię zdjęcia białym kuperkom zwiewających w popłochu saren. Włażę na ambony myśliwskie. Integruję się z naturą w całej jej zajebistości. Henry David Thoreau byłby ze mnie dumny do wypęku.

Jednakowoż czasami zahaczam też o wsie i przysiółki na mojej drodze. Czternastowieczne kościółki i pałacyki. Domki pomalowane na oczobolesne kolorki. Dworki z ohydnymi kolumienkami. Obrzydliwe ogrodzenia rezane z betonu w jakieś tralki i inne ozdóbki. MNÓSTWO motorynek i skuterów. Dzieci wysiadujące pod sklepami i błogo odurzeni lokalsi na ławeczkach pod kościołami. Lokalsi swoją drogą zawsze, ale to zawsze starają się wciągnąć mnie w konwersację. Ich zagajki prezentują się następująco:

„A gdzie wrotki?”

„A gdzie rower?”

„A panienka to się tak nie boi?”

„Niech no tu siada z nami. Pogwarzymy, popijemy.”

„A dokąd to? Zaraz sklep otworzą, pani se loda kupi.”

I wszyscy bez wyjątku mijani ludzie mówią mi „dzień dobry”. W takich sytuacjach moje pragnienie mieszkania w centrum dużego miasta jeszcze się wzmaga. Nie dla mnie sielskość i czarodziejskość polskiej wsi. Nie dla mnie sąsiedzka familiarność i znajomość bliźniego kiejby łysego konia. Nie dla mnie wpadanie po cukier i siedzenie przez dwie godziny, żeby ponarzekać na swojego starego. Poza tym cukier jest drogi.

Jestem osobą posiadającą jakieś nieokreślone żądze i ciągoty do hodowania królików, pielenia ogrodu, sprzątania chlewika, prowadzenia kombajnu. Chyba każdy mieszczuch ma takie wypaczone wizje błogiej agrarnej egzystencji. To kuszące, całe to życie blisko natury i te inne duperele. Oranie pola z pieśnią na ustach. Wydłubywanie łajna z końskich kopyt, podczas gdy w duszy gra muzyka.

Jestem cholerną mieszczką.

 

środa, 20 kwietnia 2011

Kwiecień, panie dziejku. Słońce. Lekki wietrzyk. Ptaki pliplą w sposób zaangażowany. Basiella pojechała do swojej siostry na Śląsk (właśnie dzwoniła, żeby oznajmić, że wybierają się kupić Tullamore Dew. Zaczynam się martwić o jej integralność i moralność). Dzieci drą pały na dworze. Mój najdroższy Papa pewnie siedzi na jachcie. A ja siedzę, uwięziona jak Rapunzel w wieży (choć na parterze) i hoduję włosy. To znaczy, przepraszam, tłumaczę protokół poinspekcyjny pewnego banku. Kupa radości, mówię Wam. Ale to kupa.

W związku z powyższym naturalne jest, że zmuszona okolicznościami dodaję nowy wpis. Będzie on niekonwencjonalny. To znaczy nie będzie miał większego sensu. Ot, prokrastynacja w rozkwicie (choć wolę to określić jako impresję literacką). Wezmę kilka myśli, ciepnę nimi o ścianę i zobaczę, co się przyklei, a co spłynie.

Wczoraj zabiłam mojego pierwszego w życiu szerszenia. W zwykłych okolicznościach oszczędziłabym zwierzątku życie, gdyż szerszeni się nie lękam, a nawet darzę je pewną sympatią, jednakowoż temu akurat egzemplarzowi Pasztecik cuś nie przypadł do gustu. Z wzajemnością. Chłopaki zaczęły wydawać w swoim wzajemnym generalnym kierunku dźwięki obelżywe, więc nie chcąc dopuścić do eskalacji emocji zarypałam szerszenia kapciem. Opatuliłam go następnie w chusteczkę i zwróciłam przyrodzie za oknem.

Miałam dzisiejszej nocy szalony sen. Śniło mi się, że tłumaczę po nocy dokumenty przetargowe na modernizację i restrukturyzację linii kolejowych Księstwa Liechtensteinu (tak, tych całych 9 km linii, pozdrawiam przy okazji Anię Urban, która mi takie rzeczy wkłada do głowy), a na dworze jakieś hordy barbarzyńców w kreszowych dresach (!) rozwalają plac zabaw dla dzieci, zlokalizowany pod moimi oknami. Zaczęłam do nich coś wykrzykiwać z oburzeniem przez zamknięte okno, na co oni, silnie rozemocjonowani, zbliżyli się z jakże czytelnym zamiarem dania mi w bęcki. Na szczęście nie mogli przedostać się przez pole siłowe wokół mojego mieszkania. Sen był tak sugestywny, że gdy wstałam dziś rano, czaiłam się za roletą i delikatnie obmacywałam moje okno w poszukiwaniu rzeczonego pola siłowego. Oraz fragmentów kreszu.

Dowolne zdanie z Palahniuka: „Ten człowiek, który dzwonił z Long Beach, mówi, że zginęła mu gdzieś łazienka”. Chciałabym się odnieść, ale nie wiem jak. W dniu dzisiejszym rozumiem to jako piętrową metaforę, w sensie, że zapodziała mi się gdzieś łazienka życia. Czym wszelako jest łazienka życia? I czy na pewno mi się zapodziała? Czy odczuwam brak łazienki istnienia? Przypuszczam, że powątpiewam. A może ktoś odkręcił mi kran w łazience życia? A może to SALON KĄPIELOWY życia? Jeśli tak, to chciałabym, żeby miał wannę wbudowaną w podłogę. A co na to hydraulik? I czy żeby zrobić ręczną przepierkę w tej wannie, będę musiała kłaść się na podłodze? Czy lepiej, tak jak do tej pory, wsadzać wszystko do pralki? Życia?

Dobra, zmęczyłam się.

niedziela, 06 marca 2011

Człowiek chodzi w tym pięknym szczecińskim mieście do różnych miejsc. Czasem, żeby wychylić sztamperliczka. Czasem (rzadziej), żeby poklachać z przyjaciółmi bezprocentowo (ostatnio jakoś zwykle kończy się na domówkach, ale wiecie, jeszcze wczoraj wszyscy byliśmy młodzi). Czasem powłóczyć się po ulicach i cmentarzach z aparatem. Zdarza się także, tu i ówdzie, wydarzenie takie więcej kulturalne (o, dziś na przykład nie udało się Waszej rozkosznej autorce dostać biletów na Lao Che, niech po trzykroć przeklęty będzie mój boski, acz roztargniony umysł). Wydarzenie kulturalne, powiadam (choć często i tak, ponownie, kończy się na gamzaniu z przyjaciółmi, a sztuka bezsilnie wisi na ścianach i krzyczy tu jestem, a swoją drogą, dlaczego ja tak rozmiłowana jestem w nawiasach, moje Wy duszyczki?). Do czego to ja zmierzałam? Ano do tego, że czasem człowiek trafi lepiej, a czasem z rozmachem dostanie „sztuką” w wyjściowo umalowany mazak. I nie da rady się przed tym ustrzec, choćbyś wszędzie nosił ze sobą lusterka od roweru.

Spotkałyśmy się dzisiaj w Dolinie Siedmiu Młynów (Sieben Młynen Dolinen, to z niemieckiego) z moją duchową siostrą Sylą (od dawna podejrzewamy, że nasze matki, Barbarydra i Ninka, to klony tego samego, wspaniałego i potężnego Organizmu). Celem naszym było odbycie przyjemnego, wiośnianego spaceru wśród stawów i lasów. Oplotkowałyśmy nasze rodziny i przyjaciół, kto z kim, a ty wiesz, że oni znowu są razem, a tamci się rozeszli, ja wiedziałam, od dawna się szykowało, no przecież jak ona go traktowała, taaaa, a on ją to niby lepiej. Ptaki pitoliły z ożywieniem, a my ze znawstwem starych plotkarek. I tak nam się zgadało o wydarzeniach kulturalnych mijającego weekendu, który, o dziwo, spędziłyśmy osobno.

Syla, będąc wysokiej rangi i wzrostu artystką, została zaproszona na wieczorek poetycki (tja, wiem), zorganizowany przez Hołubionego Szczecińskiego Artystę, Mającego Problemy z Trzymaniem Pionu w Sytuacjach Codziennych i Od Czapy. Na czytanie Dzieła się (całkowicie purnonsensowo) spóźniła. Po czytaniu Dzieła nastąpić miała część towarzyska, która okazała się nieprawdopodobnym wręcz ochlajem, uskutecznianym przez panów artystów i oficjeli szczecińskich w wieku iście balzakowskim, z charakterystycznym dla mężczyzn w tym wieku alkoholowym sznytem (pełnym jednocześnie rewerencji, uwielbienia dla wdzięków kobiecych, a jednocześnie chamstwa i potu na klejących łapach). Syla była tak oczarowana ich atencją, tak uwiedziona ich pełnym wyziewów czarem, że wyszła, odprowadzana chóralnym wyciem.

Ja natomiast trafiłam z przyjaciółmi na Wernisaż o Bardzo Mądrym Tytule. Wernisaż obejmował prace Młodego Artysty, i o ile zdjęcia były jeszcze spokąsik, to opisy tychże wzbudzały w sercu mym szaloną wesołość swoim zadęciem i śmiertelną powagą. W związku z powyższym i w pełnym porozumieniu duchowym z moimi przyjaciółmi, czym prędzej zasiedliśmy na kanapach i oddaliśmy się spożyciu, a Dzieła wisiały, pochlipując, na ścianach. Podczas konsumpcji oplotkowaliśmy przyjaciół i rodziny, wpadliśmy na kilka znakomitych pomysłów biznesowych (na przykład kawiarnia o ścianach w pastelach, w tle nijaki soft jazz, na ścianach nijakie, blade akwarele, kawa jak z Coffee Heaven, ze sztywną jak po viagrze pianą, którą można sobie rozkwasić nos przy przechylaniu kubka, no ale trendy jest, nieprawdaż, a nazwa tego przybytku brzmiałaby Mordorium) i ruszyliśmy tradycyjnie na balecik do Szmaty.

A w Szmacie wiadomo.

No i wychodzi na to, że puenta mi umknęła. Puenty więc nie będzie. Na flaki Thora.


czwartek, 10 lutego 2011

I znów oto zima naszej goryczy załatwiła mi zdrowie na cacy. Po dwóch tygodniach charczenia, siąkania i ócz łzawienia, po z sukcesem zakończonym, stawiającym szalone wyzwania finansowe leczeniu kanałowym górnej szóstki prawej, po wielu objazdach szpitalnych z moją Mamą Basiuńciuńciunią w charakterze pacjentki, po zakupie nowego środka transportu (gdyż uprzedni co roku, w środku mroźnej zimy, raczył eksplodować barwnymi strugami oleju silnikowego na całe podmascze, co z kolei zmuszało mnie do zawezwania Pana Laweciarza Maćka), powracam z taką, proszę ja Was, refleksją: ja chyba mam słabość do ociupinę rozbudowanych zdań. Oraz nieistniejących wyrazów.

Lecz ja zasadniczo nie o tym. Pragnęłabym raczej poruszyć temat miłości rodzicielskiej, ukrytej pod leciuteńką, cieniusieńką warstwą patologii.  A mianowicie: wybieramy się otóż z Barbarellą na wywczas weekendowy do wiejskiego domu mojego kuzyna w podbarlineckich lasach. Takie, ot, tradycyjne spotkanie rodzinno-przyjacielskie w sile bez mała piętnastu osób. Przez ostatni tydzień planowałyśmy intensywnie, co też ze sobą zabierzemy (fatałaszki, książki, muzyka, wiktuały, kosmetyki, ozdoby do włosów, kapelusze, wachlarze, pawie pióra, lizeski, mitenki, tiurniury, krynoliny i botinki, jakbyśmy wyjeżdżały co najmniej na rok). Oczywiście musiał nastąpić ten moment, kiedy to wypłynął (ależ rozkoszna gra słów, no doprawdy) temat alkoholu. Ja natenczas stwierdziłam stanowczo, że spożywać nie będę, gdyż moja dieta mi to uniemożliwia, a wszak na wiosnę trzeba jakoś wyglądać. Moja Mama (półtora miesiąca po szalenie wprost poważnej operacji jamy brzusznej), oburzona w stopniu najwyższym (najoburzeńsza), zakrzyknęła na to: „No jak to?! Z MAMUNIĄ się nie napijesz…?!”

No ale co też MAMUNIA…

poniedziałek, 06 września 2010

Ten wpis dedykuję Krzysztofowi F. (Oh Dae Su), którego bolesne westchnienie skłoniło mnie do zaprodukowania się na niniejszych łamach. Co też czynię z sercem lekkim, a mózgiem przeciwnie, w stuporze. Umyłam bowiem okna. Tak.

Moi najdrożsi Przyjaciele oraz najbliżsi Najbliżsi doskonale wiedzą, jak wiekopomne jest to wydarzenie. Najlepsza z Matek po uzyskaniu informacji drogą telefoniczną zatchnęła się, zahurgotała i powiedziała: „Ale przecież jesień się zbliża, ty powinnaś być w depresji”.  Moja przyjaciółka Shidoshi, zapoznawszy się z rewelacją, nie bacząc na swój zaawansowany stan ciężkopółśredni i to, że termin porodu właściwie już minął, oznajmiła, że koniecznie trzeba to omówić, przy kieliszeczku preferably. Moja druga przyjaciółka Syla nic jeszcze nie wie. Ukrywam przed nią moje okienne poczynania w obawie o jej czułe serduszko.

Po długiej walce z moją naturą, jakże nieśmiałą i pełną skromności, wyrywa mi się z piersi bolesne wyznanie: Pięć godzin cholernej orki na ugorze. Trzy okna. Pot rzęsisty zalewający me sarnie oczy. Burdel na głowie (a włosy to mój fetysz). Sąsiedzi zgromadzeni pod mymi oknami (mieszkam bowiem na parterze), szepty przerażenia, znaki krzyża (kżyrza). Nic dziwnego, wszak ostatnio myłam okna, gdy parlament Czarnogóry proklamował niepodległość tejże. Albo wcześniej. Z tego też względu pięciokrotnie musiałam przykładać siłę myjącą do każdego z okien. Że nie wspomnę o ramach. Że nie wspomnę o parapetach zewnętrznych. Że nie wspomnę o niechętnej ewakuacji dziesiątek pająków, które wyniosły się z oburzeniem, najprawdopodobniej do sąsiadów.

A to jeszcze nie wszystko. Dnia wczorajszego bowiem dokonałam PRZEMEBLOWANIA (uspokój się, moje serce). Ktoś gdzieś kiedyś napisał, że potrzeba przemeblowania świadczy o narastającej frustracji seksualnej. Głuptas jeden.

wtorek, 22 czerwca 2010

Siedzę w poczekalni mojej poradni, czekam na wizytę u mojej reumatolog (nie reumatolożki, o nie, o proszę, Word podkreślił, więc to musi być błąd, in your face, feministyczny betonie) i obserwuję poczynania recepcjonistki, pani MARII. Pani MARIA jest cerberem, takim z prawdziwego zdarzenia. Głos donośny, biust kamienny, koafiura wzniesiona jak bukszpryt Latającego Holendra, w oczach błysk, tors okrywa sweterek w odcieniu wanilii. Nóg nigdy nie widziałam, ponieważ pani MARIA po prostu nie wstaje i nie wynurza się z okopów recepcji.

Pani MARIA głosem nieco omdlałym rozmawia przez telefon z jakimś pacjentem, demonstrując swoje zmęczenie, ale i autorytet. Broni dostępu do mojej reumatolog z zacięciem i poświęceniem. Broni go od lat sześciu co najmniej, od kiedy „pani doktór” (jak z rewerencją nazywa ją pani MARIA) uratowała mnie przed trwałym kalectwem. Wtedy to miałam okazję po raz pierwszy nadziać się i z oszołomieniem odbić od kamiennych fortyfikacji niezdobytego zamku pani MARII. Ta kobieta obdarza mnie spojrzeniem niechętnym (a przecież budzę natychmiastową sympatię). Nigdy nie zasłużyłam sobie na jej uśmiech (a wszak wszyscy się rozpromieniają, gdy wchodzę). Jest całkowicie odporna na mój wdzięk, takt i błyskotliwą inteligencję. Czasem odczuwam gwałtowną pokusę, aby sięgnąć pod ten waniliowy sweterek, znaleźć wyłącznik pani MARII i zrobić pstryk. A potem wywalić jej baterie. I czip.

Ale jeszcze bardziej pragnę jej zaimponować. Tak, żeby choć lekko uniosła ciosaną brew, aby bladoniebieskie oczy rozbłysły w wyrazie uznania, aby upierścieniona dłoń uniosła się ku kamiennym ustom, tworzącym zaskoczone „o”. W tym celu musiałabym chyba jednak wynaleźć lek na raka albo dokonać czynu podobnego kalibru. Może to zrobię.

Pani MARIA sprawia więc, że chcę być lepszą osobą. Ale równie mocno chciałabym jej wrzucić pająka za koszulę.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Zazwyczaj jestem nad wyraz przyjaźnie nastawiona do wszystkich grup zawodowych. Pragnę również zaznaczyć, że bardzo rzadko używam słów takich jak „nienawidzę”, uważając je za przesadzone i nieprzemyślane. Istnieje wszelako jedna profesja, która powoduje, że zmieniam się w osobę, której nie poznaję, osobę syczącą, plującą, obnażającą zęby, miotającą mocne słowa. Przedstawiciele tego zawodu, mechanicy samochodowi mianowicie, traktują mnie z góry, rzucają niezrozumiałymi dla mnie określeniami (niezrozumiałymi w danej sytuacji, mimo że tłumaczyłam je setki razy, potrafię przetłumaczyć całą instrukcją złożenia i demontażu samochodu, if you catch my drift), traktują mnie jak BABECZKĘ, LACHONA i ZŁOCIUTKĄ, udają, że coś naprawiają, a potem w innym warsztacie okazuje się, że nawet palcem nie kiwnęli, mówią rzeczy w rodzaju: „ale złociutka, tego to pani nikt nie naprawi”, albo: „pojedzie pani do warsztatu mojego znajomego, na tej ulicy koło tego wiaduktu, ale skręci pani ZA tym wiaduktem, złociutka, ale przed tym kolesiem, co tam świeże ryby sprzedaje na rogu”, albo: ”a co pani myśli, za diagnostykę też się płaci, nie naprawimy tego, ale mogliśmy WCALE PANI NIE MÓWIĆ, co jest nie tak”, albo: „ale jeśli pani chce fakturę, złociutka, to będzie plus VAT”. Nienawidzę ich, naprawdę. Niech już lepiej grają w tych swoich filmach porno, gdzie operują swoimi kluczami przy uszczelkach zagubionych cycatych białogłów. Do niczego innego się nie nadają. Hhhhhh.

piątek, 18 czerwca 2010

Dnia wczorajszego o poranku miałam wyznaczone zadanie: zebrać efekty uprzedniowieczornego spożycia arbuza do stosownego pojemniczka (to jest podetknąć tenże pojemniczek pod poranny strumień) w celu przekazania tegoż do badań laboratoryjnych. Ku mojej irytacji zamyśliłam się jednak otchłannie i popadłam w bezdenny stupor poranny, zasiadając na wiadomym miejscu, skutkiem czego straciłam cały nocny urobek. W związku z tym dzisiejszego poranka ponownie przystąpiłam do zbieractwa, spieszę donieść, że z sukcesem. Niestety, gdy udałam się już do Spółdzielni Pracy Lekarzy Specjalistów i w laboratorium usiłowałam przekazać cenny, jeszcze ciepły materiał laborantce, ogólne poranne pomięszanie, jakże charakterystyczne dla mojego temperamentu i usposobienia, sprawiło, że rozlałam mocz. Nie bójmy się tego określenia. Rozlałam rzeczony mocz, na szczęście trajektoria nie była szczególnie rażąca. Laborantka nie zawahała się okazać swojej irytacji (składam ją na karb przemęczenia po całym tygodniu pracy). Nasuwa mi się jednak szereg pytań podniesionych kiedyś przez Rolanda Topora: co laboranci robią z pozostałościami próbek moczu? Dlaczego nie oddają ich nam, pacjentom? Jakie tajne procedury na nich wykonują? Kronikarska dociekliwość każe mi to sprawdzić. Planuję dziś wieczorem włamanie na tyły Spółdzielni Pracy Lekarzy Specjalistów, aby wyjaśnić tę kwestię raz na zawsze. Trzymajcie za mnie kciuki.

 
1 , 2